Szukaj

Ładowanie...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Ślimakowe kremy

ślimak
Chile to nie tylko kraj winem płynący. Bogactwa natury przekładają się na przepiękne, kojące duszę widoki, ale znajdzie się tu również coś dla zdrowia i piękna ciała. Termalne wulkaniczne źródła, niepozorne, najeżone kolcami różane krzaczki czy pewien gatunek ślimaka stanowić mogą niemały wkład w pielęgnację naszej urody.

Helix aspersa Müller (Brunatny ślimak ogrodowy), bo o nim mowa, po raz pierwszy został usystematyzowany i opisany przez duńskiego badacza historii naturalnej Otto Friedrich Müllera w roku 1774 na podstawie egzemplarzy znalezionych we Włoszech. Nie wiadomo jednak kto pierwszy użył śluzu tego ślimaka do leczenia problemów skóry. Pewne jest to, że lecznicze i regeneracyjne właściwości śluzu od wieków znały i wykorzystywały liczne pokolenia medyków w wielu kulturach. Ślady tego faktu znajdziemy tak u Hipokratesa jak i u Indian zamieszkujących niegdyś Araucanię, obecnie tereny południowego Chile.


Badania naukowe nad właściwościami śluzu ślimaka Helix aspersa Müller rozpoczęto w XIX wieku, jednak dopiero przed dwudziestu laty, właśnie w Chile zaczęto stosować śluz jako składnik kremów kosmetycznych. Doprowadziło to w efekcie do wpisania w 2006 roku standaryzowanego ekstraktu ze śluzu ślimaka do rejestrów International Nomenclature of Cosmetic Ingredients (INCI) jako snail secretion filtrate.

Zielona Kawa

Choć już sama nazwa składnika aktywnego – ekstrakt ze śluzu ślimaka – wzbudza wiele kontrowersji, a u niektórych osób nawet "gęsią skórkę", to ze względu na swoją skuteczność i siłę działania znajduje coraz szersze zastosowanie w kosmetyce i kuracjach problemów skórnych. Wrażliwcy nie muszą się niczego obawiać, ekstrakt przebywa długą drogę od śluzu ślimaka do gotowego surowca. Ten zaś (jeśli pochodzi z pewnego źródła) jest produktem czysto farmaceutycznym, objętym ścisłą kontrolą fizykochemiczną i mikrobiologiczną. Gotowe kosmetyki mają wygląd i konsystencję w niczym nieodbiegającą od tego, co przyzwyczajeni jesteśmy znajdować w słoiczkach i buteleczkach od lat.

Ale od początku. Charakterystyczną cechą Helix aspersa jest zdolność do intensywnego wydzielania dwóch rodzajów śluzu. Limosina (limozyna) i Cryptosina (kryptozyna). Limozyna to nic innego jak śluz, który widzimy w trakcie poruszania się ślimaka i nie ma on praktycznie żadnej wartości dla ludzi. Tajemnicę skrywa natomiast kryptozyna, która wykazuje działanie ochronne, nawilżające, regenerujące i bakteriobójcze. Wykorzystywana jest przez ślimaka również do zamknięcia muszli w okresie hibernacji.

Wydzielinę tę uzyskuje się wyłącznie ze zdrowych, standaryzowanych osobników hodowanych na fermach, gdzie cały proces produkcyjny podlega kontroli. Mięczaki większość czasu spędzają niemal jak w sanatorium, całymi dniami przegryzając zieleninę i pozostając pod stałą opieką. Jedynie bezpośrednio przed pozyskaniem śluzu poddawane są kilkudniowym procesom oczyszczania, a następnie stymulacji – delikatnemu stresowi biologicznemu, podczas którego wydzielają kryptozynę. W czasie tego procesu nie dzieje się im żadna krzywda, a po zakończeniu pozyskiwania śluzu ślimaki wracają na fermę, gdzie regenerują się przez okres minimum 15 dni. W tym czasie zebrany śluz poddawany jest laboratoryjnym procesom oczyszczania, standaryzacji i obróbki, aż do uzyskania stabilizowanego ekstraktu o wysokiej jakości i czystości, bez obecności mikroorganizmów patologicznych i toksyn.

Proces hodowli ślimaków, uzyskania i obróbki ekstraktu jest długotrwały i kosztowny. Sam ekstrakt jest natomiast specyfikiem bardzo niestabilnym, delikatnym i trudnym w transporcie. Toteż środki lecznicze i kosmetyczne zawierające znaczącą ilość ekstraktu z kryptozyny są drogie, ale w zamian bardzo skuteczne. Z tej samej przyczyny kremy bazujące na wydzielinie ślimaka nie są i raczej nigdy nie będą produktem masowym wielkich koncernów. Ze względu na proces produkcji pozostaną raczej domeną firm niszowych.

Co niezwykłego zawarte jest w śluzie ślimaka? Aby chilijski Instytut Zdrowia Publicznego (ISP) zezwolił na wykorzystanie danej partii ekstraktu do produkcji kosmetyków, poza spełnieniem warunków czystości, musi w niej zostać stwierdzona odpowiednia zawartość czterech podstawowych składników: elastyny, kolagenu, kwasu glikolowego i alantoiny. Ta wielka czwórka to jednak nie wszystko, w kryptozynie występują również proteiny o różnej masie cząsteczkowej, przeciwutleniacze, oligoelementy, antyproteazy, witaminy, naturalne antybiotyki i glikozoaminoglikany. 

Wszystko to składa się na szerokie spektrum działania ekstraktu. Podstawowym efektem jego stosowania jest przyspieszona regeneracja skóry. Działa na uszkodzony kolagen (kolagenaza), dostarcza hemocyjaninę bogatą w tlen niezbędny do kształtowania się kolagenu i tworzy sieć strukturalną dla fibronektyny. Dzięki temu kremy na bazie śluzu ślimaka sprawdzają się u większości osób zmagających się z różnorakimi problemami skórnymi. Od trądziku i zmian potrądzikowych po zmarszczki, od oparzeń po blizny czy przebarwienia. Kosmetyki te poprawiają w widoczny sposób stan cer naczynkowych i dotkniętych trądzikiem różowatym.

Regenerację wspomaga też silne działanie odżywcze i bakteriobójcze (antybiotyczne). To ostatnie jest dla ślimaczka szczególnie istotne, kiedy jego ciało ulegnie uszkodzeniu. Pozwala mu to na szybkie pozbycie się bakterii infekujących ranę. U człowieka ta cecha ekstraktu uczyniła go idealnym środkiem pomagającym utrzymać w ryzach problematyczne cery, co szczególnie uwidacznia się przy cerach trądzikowych.

Jednak nie tylko trudne cery skorzystają z dobroczynności kryptozyny. Działania antybiotyczne, antyoksydacyjne i proliferacyjne sprawiają, że kremy oparte na ekstrakcie ze śluzu ślimaka są idealnymi kosmetykami dla większości typów skóry. Utrzymują równowagę fizjologiczną między składnikami skóry, stymulują procesy odnowy oraz poprawiają jej napięcie i strukturę. Działanie peelingujące zawartego w kryptozynie kwasu glikolowego skutecznie rozjaśnia cerę, a bogactwo kolagenu poprawia owal twarzy. 

W tej pochwalnej wyliczance nie można pominąć jeszcze jednego aspektu. Jako że wymienione składniki są naturalnego, a nie syntetycznego pochodzenia, ekstrakt ze śluzu ślimaka okazał się być bardzo dobrze tolerowany przez alergików. W badaniach okazuje się najczęściej, że uczulenie, jeśli występuje, jest wynikiem obecności któregoś z pozostałych składników danego kosmetyku, a nie samego ekstraktu. O jego hipoalergiczności przekonały się nawet osoby uprzedzone wcześniej do składników pochodzenia zwierzęcego.

Z uwagi na doskonałe warunki klimatyczne do hodowli Helix Aspersa Müller i rygorystyczne normy sanitarne preparaty rodem z Chile są najwyżej cenione na świecie. I rzeczywiście, jest tutaj z czego wybierać. Testowanie kolejnych kremów zajęłoby co najmniej dwa lata, a kremy to nie wszystko. Na rynku dostępne są także: serum, żele i kremy pod oczy, preparaty do stosowania miejscowego, balsamy, toniki, szampony, mydła. Wśród tego bogactwa znajdziemy zarówno kosmetyki pośledniej jakości, jak i prawdziwe perełki. 

W Polsce dostępne i dopuszczone do obrotu są dwa kremy produkowane w Chile. Jeden z nich to chyba najbardziej znana Elicina, ze względu na swoją formułę w Chile traktowana jako krem ze średniej półki. Drugi to Krem ze Ślimaka AndesValle, jeden z lepszych na rynku, o wyważonym składzie, delikatny i komfortowy w użyciu.

Niestety na rynku znaleźć też można wiele kosmetyków "ze ślimaka", których producenci próbują niezbyt uczciwie wykorzystać rosnącą falę popularności tego składnika aktywnego. Najczęściej nie zawierają one ekstraktu ze śluzu, a syntetyczne składniki próbujące (lub nie) działanie ekstraktu odtworzyć. Znany jest nawet przypadek kremu opisanego jako produkt oparty na ekstrakcie ze śluzu ślimaka, a w rzeczywistości będącego żelem do włosów ze sfabrykowaną etykietką. Dlatego decydując się na zakup kremu z ekstraktem ze śluzu ślimaka należy zwracać uwagę zarówno na skład jak i jego pochodzenie. 

Źródło:
http://www.pinezka.pl/moda-i-uroda/3626-slimakowe-kremy

Umalować się błotem...

kosmetyka twarzy
Zaletą kosmetyków czysto mineralnych jest ich wielka trwałość, ponieważ są bezwodne i nie zawierają tłuszczów, odpowiednio przechowywane (tzn. w suchym miejscu) mogą być używane latami. Kolejnym plusem jest ich obojętność dla skóry – niezmiernie rzadko wywołują one podrażnienia, nie przenoszą bakterii i nie stanowią pożywki dla tychże.

Na całym świecie coraz modniejsze stają się kolorowe kosmetyki mineralne. Trend ten narodził się w USA. Pudry mineralne świetnie wpisują się w ekologiczne dążenie do tego co proste i związane z przyrodą, są bowiem z założenia w 100% pochodzenia naturalnego. Co prawda, gdy wziąć poszczególne firmy pod lupę, okaże się że w wielu produktach kryje się sporo chemii, jako że nazwa "puder mineralny" nie jest w żaden sposób prawnie zobowiązująca. Z definicji jednak pudry mineralne składają się, jak mówi nazwa, z minerałów.


Najczęściej są to tlenek cynku i dwutlenek tytanu oraz mika i kolorowe pigmenty pochodzenia naturalnego – tlenki żelaza, tlenki chromu, manganu ew. ultramaryny. Puryści w tej dziedzinie nie dopuszczają innych składników, jednak wiele pudrów mineralnych jest wzbogacanych dodatkami, o których napiszę za chwilę.

Biel cynkowa i tytanowa są odpowiedzialne za natężenie koloru – im jest ich więcej, tym jaśniejszy odcień ma puder. Ponadto dwutlenek tytanu jest odpowiedzialny za krycie, zaś tlenek cynku ma własności antybakteryjne i reguluje wydzielanie sebum. Te dwa związki w różnych proporcjach stanowią bazę podkładów mineralnych, występują jednak także w cieniach do powiek czy różach do policzków. Trzecim "filarem" pudrów mineralnych jest mika, minerał powszechnie występujący w skałach. Najczęściej używane są muskowit i serycyt.

Mika może mieć różnorakie zadanie, gdyż ma ona nieskończoną prawie ilość odmian. Są miki kryjące i miki przejrzyste, są białe i barwione, są miki matowe i połyskliwe lub wręcz błyszczące. Mika może więc zastąpić część białych barwników, taki puder mineralny będzie słabiej krył i dawał raczej satynowy efekt. Jeśli użyta mika będzie błyszcząca, uzyskamy efekt perłowy lub nawet i brokatowy. Wiele kolorowych pigmentów powstaje przez krycie płytek miki dwutlenkiem tytanu i pigmentami naturalnymi, w zależności od wielkości płytek miki i sposobu w jaki załamują światło można tą metodą uzyskać wiele interesujących efektów, jak np efekt metalu czy mienienie się różnymi kolorami.

Kolorowe pigmenty zaś odpowiedzialne są za końcowy kolor i zastosowanie pudru. Należą do nich m.in:

  • tlenki żelaza, pokrywające zakres barw od żółci poprzez oranże i czerwienie aż po brąz – zwane są też "ziemiami", jako że ich kolory rzadko są czyste, jasne i jaskrawe. Te pigmenty są bardzo intensywne i kryjące. Podobnie jak tlenek cynku i dwutlenek tytanu są składnikami niedrażniącymi i mogą być używane także przez osoby o wrażliwej skórze.
  • ultramaryny – glinokrzemiany sodu, obejmują szeroką gamę odcieni (żółcie, zielenie, fiolety, czerwienie i – oczywiście - niebieskości). Najbardziej znana odmiana ultramaryny (i najdroższa) jest uzyskiwana ze zmielonego kamienia lapis-lazuli. Ultramaryny nie są bardzo kryjące, za to mają czyste barwy. Wg klasyfikacji FDA należą do grupy Ext. D&C (external drugs and cosmetics), tzn nie powinny być używane w pobliżu błon śluzowych.
  • zieleń chromowa, podobnie jak tlenki żelaza nie należy do czystych odcieni, jest jednak kryjąca.
  • fiolety manganowe, o głębokich kolorach i dobrym kryciu. 


Ponadto do pudrów mineralnych dodawane bywają np. mirystynian lub stearynian glinu (magnesium mirystate/stearate), które polepszają przyleganie pudru do skóry, matujący węglan wapnia, proszek ze zmielonych pereł mający własności matujące i odżywcze, skrobia ryżowa lub inna, dający połysk tlenochlorek bizmutu i azotek boru, brokatowe pigmenty wykonane ze zmikronizowanej folii aluminiowej, oleje roślinne, puder jedwabny, silikony etc, etc.

Dodatki te mogą znacząco zmienić trwałość pudru mineralnego (np zmielone perły zawierają też proteiny, mogą więc stanowić pożywkę dla bakterii, czyli taki proszek będzie mniej trwały niż "czyste" minerały) lub jego przyjazność dla skóry (np. tlenochlorek bizmutu i azotek boru uchodzą za składniki drażniące). Jednak, jak już wspomniałam, dla purystów pudry wzbogacone takimi dodatkami nie zasługują na miano "mineralnych".

Co ciekawe, producenci kolorówki mineralnej nie uznają talku jako składnika pudrów, mimo że talk jak najbardziej jest naturalnym minerałem. Wynika to zapewne ze szczególnej niepopularności talku w kręgach "ekologicznych", jako składnika podejrzanego o działanie rakotwórcze. Badania naukowe nie potwierdzają stricte kancerogennego działania talku, jego wdychanie jest tak samo niebezpieczne jak wdychanie jakichkolwiek innych pyłów (może prowadzić do pylicy i w konsekwencji do nowotworu płuc).

Zaletą kosmetyków czysto mineralnych jest ich wielka trwałość, ponieważ są bezwodne i nie zawierają tłuszczów, odpowiednio przechowywane (tzn. w suchym miejscu) mogą być używane latami. Kolejnym plusem jest ich obojętność dla skóry – niezmiernie rzadko wywołują one podrażnienia, nie przenoszą bakterii i nie stanowią pożywki dla tychże. Tlenek cynku ma działanie łagodzące, a nawet lecznicze. 

Nie do przecenienia również jest wręcz nieskończona ilość możliwości kolorystycznych. Dzięki sypkiej formie sami możemy mieszać barwy o które nam chodzi, nie ma więc problemu ze znalezieniem podkładu w idealnie pasującym do karnacji odcieniu, lub umieszaniu sobie ad hoc potrzebnego na jedno tylko wyjście cienia do powiek. Co więcej, te proszki można łączyć bez problemu z ulubionym kremem do twarzy i otrzymać w ten sposób make up w kremie czy fluidzie, zdecydowanie łatwiejszy do nałożenia niż klasyczna wersja w pudrze.

Podkłady mineralne w pudrze cechuje bowiem nienajłatwiejsza aplikacja – wymaga ona posiadania dobrego, odpowiednio miękkiego i elastycznego pędzla o gęstym włosiu. Zbyt miękki pędzel pochłonie zbyt wiele pudru, za twardy może podrażnić skórę. Preferowane są tzw pędzle kabuki, małe i bardzo gęste lub też flat-top, o płasko ściętym włosiu. Jeśli jednak jesteśmy posiadaczkami dobrego elastycznego pędzla do nakładania różu, pudru (ten nie może być zbyt duży) lub też płaskiego pędzla do nakładania podkładu w płynie, możemy się obejść bez wcześniej wymienionych "narzędzi". 

W kwestii nakładania istnieje kilka szkół – najbardziej rozpowszechniona jest technika zwana "buffing": na pędzel nabiera się niewielką ilość pudru, najpierw wciera się go w pędzel, a następnie rozprowadza kolistym, wcierającym ruchem w skórę. Inna metoda zaleca rozprowadzanie podkładu mineralnego za pomocą pędzla analogicznie, jak robimy to ze zwykłym pudrem. Jeszcze inni zalecają nakładanie małej ilości proszku za pomocą miękkiej gąbeczki. Bez względu na to, na jaką metodę się zdecydujemy, czynność powtarza się aż do uzyskania żądanego efektu. Ważne jest, by nabierać naprawdę bardzo, bardzo mało pudru. Zbyt dużo pudru mineralnego podkreśli pory skóry i wejdzie w najdrobniejsze nawet zmarszczki, w rezultacie zamiast upiększyć, zrobi z twarzy maskę. Właściwie nałożony makijaż mineralny zaś jest praktycznie niewidoczny, wtapia się w skórę i wygląda bardzo naturalnie. 

Podczas aplikacji należy unikać wzbijania chmury pyłu i wdychania tejże. Zbyt tłusty krem podkładowy może – ale nie musi – prowadzić do powstania plam, stąd lepiej poczekać z aplikacją makijażu aż do wchłonięcia kremu. 

Również użycie cieni mineralnych wymaga dobrego pędzelka i wprawy – sypkie produkty częściej pylą i śmiecą, łatwiej o rozsypany cień na policzkach. Często dobrym rozwiązaniem jest stosowanie kremowej bazy pod cienie. Generalnie jednak kolorówka mineralna dobrze przylega do skóry, jest odporna na ścieranie i często też na wodę i pot.

Wielu producentów przypisuje pudrom mineralnym faktory ochrony słonecznej, mieszczą się one między SPF10 a SPF20. Pamiętajmy jednak, że faktor SPF wyznacza się dla ilości produktu odpowiadającej mniej więcej 1,75 ml w przeliczeniu na twarz. Taka ilość jakiegokolwiek podkładu mineralnego da w efekcie maskę rodem z teatru kabuki, a standardowe opakowanie zawierające około 10 g starczy nam na niecałych sześć użyć. Tak więc używanie pudrów mineralnych nie zwalnia z używania filtrów przeciwsłonecznych.

Firm oferujących pudry mineralne jest wiele, jednak w Europie nadal trudno dostać te produkty. Niezłym wyjściem jest korzystanie z internetowych sklepików, których większość akceptuje płatności kartą kredytową lub paypalem, często możliwe jest też zamówienie próbek za symboliczną opłatą.  Sklepiki te zasługują na uwagę także dlatego, że oferowane przez nie produkty są stosunkowo tanie. Nawet uwzględniając koszty przesyłki. Podkłady mineralne firm szeroko dostępnych na rynku, nie dość że najczęściej są po prostu nieco bardziej kryjącą wersją "zwykłego" pudru do twarzy, kosztują sporo. Dla porównania – za mineralny podkład L'Oreala trzeba zapłacić 16 euro za 9 gram. Taka sama ilość zamówiona u Everyday Minerals kosztuje 12 $, a wybór kolorów i tekstur jest nieporównanie większy.  W sklepiku Pure Luxe natomiast mamy niewyobrażalny wręcz wybór kolorów cieni do powiek. Ich cena jest niewysoka, szczególnie biorąc pod uwagę intensywność koloru i, co za tym idzie, wydajność. Oba wymienione sklepiki przetestowałam, wysyłka do Europy nie sprawia większych problemów. Jednak najlepszym lepszym rozwiązaniem jest wyprodukowanie własnej autorskiej kolekcji.

Źródło:
http://www.pinezka.pl/moda-i-uroda-arch/2529-umalowac-sie-blotem